Aut, czyli syndrom maniakalnego mesjasza

 

Koniec dnia na psychicznym aucie. Miał rację Bukowski, że zawsze znajdzie się ktoś, kto zepsuje ci dzień, a czasem całe życie. Jak gdyby dzień, który w 99% był do zniesienia (bo o określeniu dnia jako „dobry” od dawna mógł już tylko pomarzyć), nie mógł już ostatecznie znośnie się skończyć. No bo przecież, gdyby choć jeden, cały dzień był przynajmniej neutralny, to mogłoby mu się w dupie z dobrobytu przewrócić. A tak docenia każdą nawet minutę szczęścia.

I w sumie, to by nie była jakaś specjalna tragedia. Gdyby posłuchał Hemingwaya, który już ponad pół wieku temu wiedział, że nerwy to zemsta na sobie za głupotę innych. Z autorem powyższej tezy polemizować już nie mógł. Zresztą, i tak by mu się tego robić nie chciało. Ale wiedział swoje. Przynajmniej tyle mógł, wiedzieć swoje i trwać przy tym uparcie jak osioł. Choćby miało go to kiedyś kosztować życie. No bo załóżmy, że dzieje się coś, na co indywidualnie — choćby skały srały, a mury pękały — nie ma się wpływu, to przecież zawsze warto się pognębić, że może jednak coś zrobić by się mogło, gdyby tylko się trochę pomyślało; nawet jeśli już samo myślenie o tym nie ma najmniejszego sensu, prawda? Może jakimś nadludzkim wysiłkiem z idioty udałoby się zrobić mędrca, choćby tylko przez ogolenie go na łyso lub doklejenie mu brody (żeby za długo nie czekać, aż sama urośnie), w zależności od kręgu, w którym dany symbol mądrości obowiązuje? Taki syndrom maniakalnego mesjasza, który zamiast głupotę tępić lub zwyczajnie ją zignorować (w końcu nie każdy ma duszę wojownika), chce ją na siłę zbawić — może w ten sposób powiększy stan dobrych uczynków na swoim koncie do tego poziomu, że do nieba pójdzie bez kolejki. O ile jest jakakolwiek kolejka. I jakiekolwiek niebo.