Deadline, czyli peregrynacje reminiscencyjne

 

Powinien był teraz czytać, by choć orientacyjnie ogarnąć tematy, na które miał napisać zamówione artykuły. Zbliżały się terminy, a kolejne jego teksty były odrzucane — za długie, za krótkie, nie na temat, styl zbyt zaangażowany lub zbyt lekceważący. Trudno ostatnimi czasy było dogodzić wydawcom tytułów, których target posiadał potencjał intelektualny na poziomie kilku metrów mułu poniżej dna; mimo to robiono wszystko, by wejść mu w cztery litery bez wazeliny — wiadomo, liczy się sprzedaż. Miał ochotę rzucić to w cholerę i wziąć się w końcu za realizację własnych pomysłów, które dojrzewały w jego głowie już od jakiegoś czasu, ale miał tę świadomość, że w tym przypadku będzie jeszcze trudniej, by miały one szanse ujrzeć światło dzienne. A za coś trzeba było żyć. Potrzebował odetchnąć, choć na chwilę wydostać się z czterech ścian, gdzie odór mieszaniny wilgoci, dymu papierosowego i przetrawionego alkoholu skutecznie paraliżował już i tak wystarczająco otępiały samoistnie umysł. Może powiew świeżego powietrza napompuje jego pustą głowę jakąś koncepcją.

Rzut oka na kalendarz — o ile nadążał ze zrywaniem kartek, o czym najczęściej zapominał, to aktualnie powinno być gdzieś około połowy stycznia, więc wypadałoby ubrać na siebie coś więcej niż tylko marynarkę. Szukając czegoś cieplejszego na grzbiet, przypadkowo zerknął w lustro wiszące na ścianie. Obraz nędzy i rozpaczy: zarośnięty ryj, rozczochrana czupryna, która marzyła o bliskim spotkaniu trzeciego stopnia z szamponem i wielkie, sine wory pod oczami. Doprowadzenie tego wszystkiego do ładu zajęłoby mu czas do wieczora, więc postanowił przynajmniej umyć zęby, by śmiertelnie nie otruć jakiegoś delikwenta, któremu przyjdzie odpowiedzieć chociażby „dzień dobry”. Na dłuższe pogawędki nie miał ochoty. Schylenie się, by zawiązać buty stawało się coraz trudniejszym zadaniem; bynajmniej nie z racji wieku, a z powodu rosnącej muskulatury piwnej. Gdy już wspiął się na wyżyny aktywności fizycznej, które ostatnio odwiedzał chyba w liceum, na zajęciach z wf-u, zarzucił na siebie staromodny prochowiec i niemrawym krokiem opuścił swoją norę.

Gdy już stanął na chodniku, jego nozdrza wypełniło powietrze tak zimne i rześkie, że aż zakręciło mu się w głowie. Jeszcze parę dni niewychodzenia z domu i pewnie by go zabiło. Wychodząc z bramy, usłyszał dźwięk sms’a. To była R. Rzut oka na podgląd wiadomości: „Zawiodłam się na to…” — dalej nie chciało mu się czytać, bo już wiedział, o co chodzi. Wrzucił więc telefon do kieszeni i ruszył dalej.

— Jak miło, że znów kogoś zawiodłem, choć nikomu niczego nie obiecywałem — mruknął, marszcząc brwi i sięgnął po papierosy.

Zza rogu najbliższego budynku dobiegły go dziecięce głosy. Gdy go minął, ujrzał grupkę kilkulatków bawiących się bez jakiegokolwiek nadzoru dorosłych. Mała dziewczynka zanosiła się ze śmiechu na widok dwóch, niewiele od niej starszych chłopców, którzy za wszelką cenę starali się zaimponować prawdopodobnie swemu pierwszemu w życiu obiektowi westchnień. Leszek przystanął na chwilę w odległości pozwalającej przypatrywać się całej sytuacji, nie będąc zauważonym. Na chwilę przymknął oczy i oparł głowę o szorstki tynk. Nie mógł nasłuchać się tych, niczym nieskrępowanych odgłosów szczęścia. Brzmiały jak najlepsza muzyka.

— Brakujący element — pomyślał i słono zrobiło mu się pod powiekami.

Z chwilowego odrętwienia wyrwało go uczucie, że coś szarpie go za nogawkę. Zerknął w dół. Śmieszny, mały, rudy mieszaniec, z krótkim ogonem sterczącym jak antenka w berecie, z wielkim zapałem zmagał się z materią jego spodni w sposób zupełnie pozbawiony agresji, jakby tylko chciał zwrócić na siebie kulturalnie uwagę, więc szczekać mu nie wypadało.

— Cześć, młody. Ty też zapomniałeś, którędy do domu? — Leszek pochylił się, by pogłaskać psiaka, który wpatrywał się w niego wzrokiem jak gdyby mówiącym: „nie smuć się, przecież jestem tutaj”.

Czworonogowi chyba właśnie o tę chwilę zainteresowania i czułości chodziło, bo przez dłuższy moment ze zmrużonymi oczami napawał się głaskaniem po głowie i drapaniem za uszami. Nagle zerwał się i pobiegł na koniec uliczki, aż zupełnie zniknął z pola widzenia.

Grupka rozbawionych dzieci też gdzieś zniknęła, więc Leszek ruszył w dalszą drogę. Tym razem cel był sprecyzowany. Już od wejścia odurzył go zapach zwilgotniałego papieru tysięcy starych woluminów.

— Dzień dobry, panie Starski. — Ukłonił się z niekłamanym szacunkiem starszemu mężczyźnie, który pracował tu już chyba dłużej, niż on chodził po tym świecie.

— Uszanowanie, panie Leszku! — staruszek nie krył entuzjazmu. — Dawno pan mnie już nie odwiedzał. Czym mogę służyć?

— Ma pan może „W stronę Swanna”?

— Zaraz zobaczę. Nie pamiętam już, kiedy ostatni raz ktoś pytał o Prousta. Proszę usiąść i chwilę zaczekać.

Atmosfera biblioteki była dla niego magiczna. Miejsce, które mogłoby być jego drugim domem. To tutaj uciekał w dzieciństwie, gdy w swoim własnym domu nie mógł czuć się bezpiecznie. Na lekturze spędzał wtedy każdą chwilę wolną od nauki, obowiązków i zabawy. Tylko tutaj mógł odpocząć w ciszy i spokoju, skupić się, i choć na chwilę zapomnieć, jak gorzka jest jego realna rzeczywistość. Tylko książki pozwalały mu wspiąć się na wyższy poziom intelektualny niż ten, który prezentowało jego najbliższe otoczenie, z którym nigdy nie miał dobrego kontaktu. Z wiekiem spędzał tu już znacznie mniej czasu, jednak zawsze było to dla niego jedno z najważniejszych miejsc w życiu. Do dziś za to przetrwała zażyła znajomość z sędziwym już bibliotekarzem, który od zawsze kojarzył mu się z tym budynkiem. Starski cieszył się na każdą jego wizytę. Mimo, że Leszek czasem całymi miesiącami przetrzymywał wypożyczone książki, aż w końcu odnosił całe ich stosy. Gdy zdarzyło mu się, zupełnie nieumyślnie, którąś z nich zgubić czy zniszczyć, bez zastanowienia odkupował nową.

— Moja pamięć jest zawodna, ale papierki mówią, że ta książka już od długiego czasu jest u pana. Aż zapomniałem, kto ją wypożyczył. Rozumiem siebie, mam już swoje lata. Ale pan? Skleroza w tym wieku? — Z zadumy wyrwał go głos Starskiego, na którego twarzy udawana złość nie umiała zamaskować rozbawienia.

— To ja już lepiej sobie pójdę. Za dwie godziny jestem z powrotem ze wszystkimi zaległościami! — Zmieszanie zaistniałą nieoczekiwanie sytuacją oraz serdeczna reakcja starego dodały Leszkowi energii i skutecznie poprawiły mu humor.

Pożegnał się czym prędzej i z uśmiechem ruszył w drogę powrotną. Przynajmniej z kulturą będzie kwita. Bo dziś już na pewno niczego nie napisze.