Postęp, czyli apoteoza byłości

 

Gdy krzykną: „Niech żyje postęp!” — pytaj zawsze: „Postęp czego?”

 

— Stanisław Jerzy Lec

 

 

Stare zdjęcia, maile, mp3… Kiedyś wspomnienia gromadziło się w albumach, szufladach, szafach, pudełkach. Dziś na dyskach twardych, przenośnych, wirtualnych, pendrive’ach, kartach pamięci. Zajmują mniej miejsca, łatwiej je ukryć przed osobami niepowołanymi. Czasem jednak takie ‚kapsuły czasu’ — foldery, pliki archiwów, różne nośniki danych — powinniśmy ukrywać przede wszystkim przed sobą. Albo przynajmniej powinny mieć one adnotację: ‚Przed zajrzeniem tu zastanów się 100 razy bądź skonsultuj się z psychologiem lub psychiatrą, gdyż każde wspomnienie niepotrzebnie przywołane zagraża Twojemu życiu lub zdrowiu psychicznemu’. No właśnie, chyba ‚niepotrzebnie’, skoro po tak wielu latach od pewnych wydarzeń wspomnienia o nich nadal potrafią zaboleć, albo w najlepszym razie wpędzić w melancholię, która wyłącza nas na dłuższy czas z użytku publicznego. Czasem powstaje pytanie: po co my to wszystko trzymamy, skoro o pewnych rzeczach chcielibyśmy zapomnieć? Przecież te wszystkie przeszłostki w formie wirtualnej tak łatwo zlikwidować. Wciskamy prawy przycisk myszy, potem ‚Usuń’, ‚Opróżnij kosz’ i jeśli nie znamy się na odzyskiwaniu danych, to jesteśmy przynajmniej w części wolni od przeszłości. Bo pozostaje jeszcze pamięć własna, którą wyczyścić nie tak łatwo. Ale nie, on był z tych, którzy zbierają te wszystkie szczątki, zapisują je, katalogują, czasem nawet zabezpieczają hasłem, by nie korciło zaglądać do nich za często, gloryfikują jak relikwie. By potem sięgać do nich, najczęściej zupełnie przypadkowo, i zupełnie niepotrzebnie wpędzać się w zły nastrój. I nie potrafił zrozumieć, że do pewnych spraw powrotu już nie ma, a nawet być nie powinno.